niedziela, 21 maja 2017

Pięć

Budzę się i otwieram oczy. Rozglądam się. Nie, to nie mój pokój. Ani nawet nie moje mieszkanie. Gregora. Ale z tego co pamiętam to ostatnio byłam w salonie. Przekręcam się na plecy i przeciągam. Przesuwam wzrokiem po ścianach. Na tej samej ścianie co łóżko jest okno, pod którym stoi biurko z jasnego drewna. Po prawej mamy dużą szafę, na przeciwko drzwi, obok nich są trzy półki, na których stoją po 3 zdjęcia. Reszta ściany to medale. Najniżej wisi długa półka, na której stoją jakieś trofea. Wstaję z łóżka i podchodzę.
Kryształowa Kula za sezon 2008/2009Kryształowa Kula za sezon 2012/2013. Cztery medale olimpijskie przyciągają moją uwagę. Trzy z roku 2010, w tym jedno złoto, oraz srebro w 2014. Wyciągam rękę i delikatnie przejeżdżam palcem po złocie z Vancouver Faktycznie jest niezły, myślę. Spoglądam na dwa trofea za coś co nazywa się Turniejem Czterech Skoczni i wydaje mi się, że kiedyś słyszałam tę nazwę, ale nie mogę sobie przypomnieć o co chodziło. Wzdycham zirytowana. Słyszę jak ktoś delikatnie naciska klamkę, a potem do pokoju wsuwa się głowa Gregora. Gdy mnie dostrzega uśmiecha się.
- Chyba byłeś trochę zbyt skromny gdy mówiłeś, że "idzie mi nawet nieźle" - kreślę cudzysłów w powietrzu i kiwam głową na medale.
- Może - uśmiecha się lekko, ale widać, że jest dumny z tego co tu wisi. - Zapraszam na śniadanie - otwiera szerzej drzwi i przepuszcza mnie przodem.
Schlierenzauer informuje mnie, że po dzieciaki przyjechali już wcześniej ich rodzice i to wyjaśnia czemu jest tu tak cicho. 
Siadamy przy stole, który zastawiony jest jedzeniem. Aż na sam widok zaczęło mi burczeć w brzuchu. Siedzimy kilka chwil w ciszy.
- To jak, poopowiadasz mi trochę? - pytam smarując kanapkę nutellą
- O czym? - unosi na mnie wzrok znad miski z płatkami.
- O twoich skocznych wyczynach, a niby o czym?
- Nie lubię się chwalić- mówi.
-Jakbyś nie lubił się chwalić to te wszystkie medale trzymałbyś w pudełku pod łóżkiem - rzucam, a on również się uśmiecha
- No co chcesz wiedzieć? - wzdycha, ale po jego twarzy widzę, że się cieszy.
Wszystko.
- Ogólnikowo bardzo. - śmieje się.
- Na przykład, jak ci idzie w tym sezonie.
- Póki co jeszcze się nie zaczął. Nie wiem czy wystartuje - patrzy w bok.
- Co? Czemu? 
- Tak się składa, że ostatni sezon był trochę słaby, więc chciałem odpocząć, a zamiast tego zerwałem więzadła.Tak, nie za ciekawie - krzywi się lekko widząc moją przerażoną minę - Ale w tamtym momencie kontuzja to było najmniejsze zło. Gorzej działo się w mojej głowie. Przeżywałem niezły kryzys - jak tutaj "niezły kryzys" znaczy tyle co określenie "nieźle mi idzie" przy tylu medalach to nawet nie chcę sobie wyobrażać.- Było ciężko, ale trochę też dzięki tej kontuzji zrobiłem sobie dłuższą przerwę od sportu, która była mi w tamtym momencie bardzo potrzebna. Nie czułem radości ze skakania wtedy. Rozumiesz? - spogląda mi w oczy, a ja w skupieniu kiwam głową. Wsłuchuję się w jego słowa i próbuję wczuć w jego sytuację. Nie idzie mi to zbyt dobrze. - Zrobiłem sobie totalny reset głowy, bardzo wypocząłem, naładowałem baterię i nabrałem, chęci do powrotu do skakania. Teraz z powrotem sprawia mi to ogromną radość. Nie mogę się już doczekać aż wrócę do zawodów i będę się cieszył dalekimi skokami. - kończy, a ja patrzę na niego z ogromnym podziwem i uśmiecham się lekko
- A kiedy zaczynacie skakać? 
- 25 listopada w Kuusamo, w Finalndii jest pierwszy konkurs.
- No to nie ma co się zastanawiać, tylko jedziesz tam i skaczesz - mówię pewnym siebie głosem. Zaczyna się śmiać.
- Mam nadzieję, ale nie chcę się napalać ani niczego przyspieszać. Zresztą powrót do zdrowia, a powrót do formy i dobrego, dalekiego skakania to drugie.
- Wierzę, że dasz radę - mówię patrząc mu w oczy. 
Utrzymujemy kontakt wzrokowy przez chwilę, po czym spuszczam wzrok na swoją kanapkę.
- Powiedz mi co czujesz jak lecisz - mówię po dłuższej chwili ciszy i znów na niego patrzę. 
Na jego twarzy wstępuje lekki błogi uśmiech. Patrzy rozmarzony przez okno i już wiem jaka jest odpowiedź.
- Gdy siadam na belce słyszę tą wrzawę spod skocznią. Słyszę doping, radość kibiców, którzy patrzą na swoich ulubieńców. Na ludzi, którzy sprawiają im radość. Czuję chłód szczypiący policzki i palącą presję. Ale gdy odpycham się od belki nie słyszę już nic.Wzbijam się w powietrze i czuję taką nieopisaną błogość, wolność i radość, że w żadnym innym miejscu tak się nie czuję. Wszystkie złe emocje znikają. Nie mam problemów. Jestem tylko ja i kilka sekund w przestworzach. To jest po prostu genialne. Nie do opisania. 
- Po prostu to kochasz - mówię uśmiechając się lekko.
- Tak. Kocham to. Zdecydowanie to kocham. - Mówi patrząc mi w oczy
- Więc zrób wszystko żeby wrócić do tego jak najszybciej.

Nie mogę. Po prostu nie mogę tego znieść. Jasna cholera. Tak się nie da. Jestem jakaś nienormalna. Siedzę sama w mieszkaniu. Na kanapie w salonie. Telewizor jest wyłączony. Panuje kompletna cisza. Jedyne źródło światła to lampa stojąca przy kanapie. Siedzę opatulona kocem i mam dość tej ciszy i samotności. Najdziwniejsze jest to, że nigdy mi nie doskwierała. Przecież od 6 lat, od momentu wyprowadzenia się do Innsbrucku byłam sama i nigdy mi to nie przeszkadzało. Potrafiłam po prostu skupić się na sobie. A teraz jest inaczej. Teraz nagle mi to przeszkadza. Przygryzam wargę zaczynając szukać przyczyny i pierwsze co pojawia mi się w głowie to obraz przystojnego szatyna z idealnym uśmiechem i poczochranymi włosami. Mimowolnie lekko się uśmiecham. Przypominam sobie co mówił mi dzisiaj rano o swoich problemach, o pasji i znów pojawiającej się miłości do skakania. On chyba mi zaufał. Inaczej raczej by tego nie robił. Ja też byle komu nie mówiłabym o swoim wypadku. Jemu też jeszcze nie powiedziałaś.
Przypominam sobie jak rozpromienił się kiedy mówił jak czuje się podczas lotu i w środku robi mi się tak bardzo ciepło.
I wtedy zrywa mnie z kanapy. Wychodzę z salonu, ubieram buty, kurtkę i opatulam szyję szalem po czym opuszczam mieszkanie. Na zewnątrz panuje szarówka. Latarnie uliczne są już zapalone. Wskakuję na chodnik i szybkim krokiem idę przed siebie. Po lewej stronie mijam witryny sklepów, a po prawej samochody jadące w jedną i drugą stronę. Co jakiś czas mijam przechodnia. W końcu jestem na miejscu. Nigdy nie zwracałam na nią szczególnej uwagi. O uszy obijało mi się, że jest. Że coś się tam dzieje, ale nie skupiałam się zbytnio na tych informacjach. Nigdy też tu nie byłam. A teraz stoję pod nią z głową zadartą do góry, ustami rozszerzonymi z zachwytu i oczami, które chłoną wszystko. Bergisel. To ona rozpościera się przede mną. Góruje nad miastem. Dech mi zapiera kiedy patrzę jaka jest ogromna. A jeszcze bardziej kiedy przypomina mi się, że oni wjeżdżają tam siadają na belce i jadą tak w dół. Przeraziło mnie to. Ale potem znowu zaciekawiło kiedy wyobrażam sobie jak wspaniale czują się lecąc. I znowu na moje usta wpływa uśmiech bo przypomina mi się Gregor. Chciałabym go zobaczyć jak tu wygrywa. Jak w jego oczach błyszczy szczęście. Jak twarz rozjaśnia szczery, szeroki uśmiech. A potem jak radosny przytula mnie i... Hola, hola, stop panienko. Chyba trochę poszalałyśmy.
- Pani też na taras widokowy? - słyszę pytanie zza siebie. Zdziwiona odwracam się i widzę chłopaka dużo wyższego ode mnie. Uśmiecha się lekko również świdrując mnie wzrokiem. Oczy ma jasne, a kosmyki ciemnych włosów wystają spod czapki. Ręce trzyma w kieszeniach czarnej kurtki, a na ramieniu ma zarzucony plecak.
- Emm.. - próbuję coś z siebie wykrztusić.
- Bo ja nie jestem tutejszy i się zastanawiam którędy tam wejść.
- Szczerze powiedziawszy, mieszkam tu od 6 lat i również nie wiem - uśmiecham się z zakłopotaniem.
- To może razem damy jakoś radę? - proponuje patrząc mi w oczy.
Utrzymuję z nim kilkusekundowy kontakt wzrokowy zastanawiając się
- Czemu nie - wzruszam ramionami.

We dwójkę szybko nam poszło i już 15 minut później siedzę na krześle przy stoliku w kawiarence, najbliżej okna. Nie odwracam wzroku od tego co widzę. Chłonę całość i każdy szczegół z osobna. Słońce już dawno zaszło, ale cały Innsbruck jest przepięknie oświetlony. Szczyty górskie są już przyprószone śniegiem. Wyobrażam sobie jak magicznie musi tu być w zimie. Uśmiecham się delikatnie na swoją wizję, a to z kolei prowadzi mnie do kolejnej refleksji. Kiedy zaczęłam zwracać na to uwagę. Nigdy taka nie byłam. To znaczy odkąd pamiętam. Stąpałam twardo po ziemi. Nie rozmarzałam się zbytnio. Jako przyczyna znów jawi mi się szatyn. Przymykam oczy.

- No to co proponujesz?
- Na co masz ochotę? To w końcu twoje urodziny - wskakuję na stół i przebieram nogami w powietrzu, a wzrok kieruję na chłopaka. Którego twarzy znowu dobrze nie widzę.
- No nie wiem i tak pewnie nie wyjdzie - porusza lewym ramieniem opierając się o szafkę
- Nie wierzysz w nas? - oburzam się.
- Nie umiesz piec - stwierdza uśmiechając się kpiąco.
- Nieprawda! - oponuję zeskakując ze stołu i staję przed chłopakiem z zacięciem patrząc mu w oczy - To ty zawsze wszystko psujesz - wbijam  mu palec w klatkę piersiową
- No to się przekonajmy i zróbmy sernik na zimno - mówi wyzywająco - Tu przynajmniej nic nie spalisz - odwraca się by zajrzeć do lodówki.
- Głupi jesteś - staję obok i patrzę na niego spod byka, a grzywka opada mi na oko.
- Za to ty oślepniesz przez te włosy na oczach, Flo - uśmiecha się lekko ogarniając kosmyki.

- Proszę bardzo, sernik na zimno - mój towarzysz o imieniu Lucas, jak udało mi się ustalić, stawia przed mną talerzyk oraz kubek z herbatą z cytryną. Tym samym wyrywając mnie z przyjemnego letargu.
- Dzięki - rzucam uśmiechając się.
Przysuwam do siebie talerzyk, ale wciąż swoją uwagę skupiam na krajobrazie roztaczającym się za oknem. Chyba będę musiała przychodzić tu częściej.
Lucas nadaje tory naszej rozmowie. Ja bardziej skupiam się na widoku oświetlonego Innsbrucka i gór. Siedzimy tam aż do momentu kiedy kelner zakłopotany mówi, że już zamykają.
Zbieramy się więc i po kilku minutach jesteśmy już na dole.
- To ja w tamtą stronę - mówi kiwając głową w lewo.
- A ja w przeciwną - mówię wciskając ręce w kieszenie - Naprawdę miło było cię poznać.
- Ciebie też - posyła mi uśmiech - Ale chyba powinnaś skupić na tym o którym myślisz patrząc na te górskie szczyty.
Patrzę na niego bo trochę mnie zatkało.
- Do zobaczenia, Flori.
- Do zobaczenia - mówię cicho do jego pleców. Obracam się na pięcie i ruszam w kierunku mieszkania.
Poczułam niewyobrażalną potrzebę przebywania w towarzystwie Gregora.
Zatrzymuję się gwałtownie. Nie wiem czy mam sobie dać w twarz czy wybuchnąć śmiechem. Chyba cie pogrzało Florentina. Opanuj się trochę i przestań świrować. Znasz Gregora jakieś dwa tygodnie. Kręcę głową i ruszam znowu szybkim krokiem. Jestem nienormalna. Jestem nienormalna. Nie-nor-mal-na.
Wchodzę do mieszkania i zamykam drzwi. Następnie opieram się o nie i zjeżdżam do parteru. To takie niesprawiedliwe. Ten wypadek był niesprawiedliwy. I ta cholerna amnezja. Czuję się jakbym nie była sobą. Ciągle mam wrażenie, że ktoś po prostu wcisnął mnie w życie jakiejś innej osoby. Ciągle mam wrażenie, że brakuje mi bardzo ważnej części dawnego życia. Części, o której rodzice nic mi nie powiedzieli. Części, która wraca do mnie w tych wszystkich cholernych wspomnieniach. I wiem, że chciałam się odciąć od tamtego życia. Zacząć od nowa, ale ono samo do mnie wraca. I to chyba dobrze. Ja też coraz bardziej chce do niego wrócić. Podczas najbliższego wolnego wrócę do domu i przeszukam dokładnie swój pokój i strych.
Z takim postanowieniem wstaję z podłogi i zdejmuję kurtkę, a następnie buty i opadam na kanapę w salonie włączając telewizor. 

---
Wiem co myślicie. "Miałaś nadrobić zaległości w weekend, gamoniu" Uwierzcie, że mówię sobie dokładnie to samo od zeszłej niedzieli. Byłam pewna, że w maju będę sobie chodzić do szkoły dla czystej rozrywki, ale nic bardziej mylnego, niestety.Jeśli macie więcej wolnego czasu to bardzo wam zazdroszczę. Pojawię się z komentarzami, ale na razie musicie mi wybaczyć.
Ściskam. Widzimy się tutaj za dwa tygodnie, bużiak :*



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz