Strony

wtorek, 25 grudnia 2018

Siedem

Budzę się i przeciągam na wszystkie strony po czym zerkam na zegarek 8:23. Najpóźniej o 10 musimy wyjechać. Ale nie chce mi się wstawać. Mogłabym leżeć sobie cały dzień otulona tą cieplutką i miękką kołdrą. Tonę w pachnącej gregorowymi perfumami pościeli i wzdycham głęboko. Podkładam rękę pod głowę i studiuję jeszcze raz medale widzące na ścianie. Niesamowicie go za to podziwiam. Nie mogę sobie wyobrazić tych ciężkich treningów, poświęceń i mnóstwa wyrzeczeń by to osiągnąć. Ale ogarnia mnie taka dziwna radość. Chyba dlatego znów poczuł miłość do skakania. Bez pasji życie jest ciężkie. Naprawdę warto ją mieć. Jakąkolwiek. Często jest ucieczką od problemów, otaczającego świata, a czasem o ona staje się problemem, ale bez niej jest nudno. Dlatego potem się wraca.
Po kilku sekundach wstaję z łóżka i po cichu naciskam klamkę. Wystawiam głowę za drzwi i nasłuchuję czy brunet już wstał. Nic nie słyszę więc stawiam bosą stopę na zimnych panelach i kieruję się do kuchni. Przez kilka sekund rozważam czy jak trochę porządzę sobie w jego kuchni to będzie to odpowiednie zachowanie, ale wtedy dostrzegam ekspres do kawy i moje rozważania się rozpływają. Przeszukuję szafki w celu znalezienia kubków i za trzecim podejściem mi się to udaje. Wyjmuję dwa i po chwili rozkminiania jak to w ogóle włączyć udaje mi się i dwie kawy wypełniają już kuchnię aromatycznym zapachem. Stawiam je na stole i kieruję się w stronę pokoju w którym miał spać Schlierenzauer. Naciskam delikatnie klamkę i wsuwam głowę do środka. Skoczek śpi sobie w najlepsze rozwalony na całym łóżku na brzuchu. Każda kończyna w inną stronę. Śmieję się lekko na ten widok.
- Gregor – odzywam się. – Greeegor – mówię głośniej – Greegoryyy. Wstawaj – chwytam jakąś koszulkę która była pod ręką i rzucam w głowę bruneta. Ani drgnął. Wzdycham i wchodzę do środka po czym odsuwam rolety i siadam na brzegu łóżka. Najpierw mam ochotę zrzucić go z łóżka, ale stwierdzam, że to może zbyt drastyczne więc rezygnuje i ostatecznie tylko szarpię go za ramię.
- Co, co, co, co, co – zrywa się natychmiast i gorączkowo rozgląda się po pokoju zaspanym wzrokiem, który nagle spoczywa na mnie – Czy to raj?- szczerzy się debilnie.
- Innsbruck też piękny, nie gardź. Trzeba wstawać – oświadczam podnosząc tyłek z łóżka. – Zrobiłam ci kawę.
- To musi być raj – opada z powrotem na poduszkę z westchnieniem. – Tylko czemu muszę tak rano wstawać? – burczy w poduszkę. Parskam śmiechem.
- O której ty masz treningi normalnie co? – krzyżuję ręce na piersi.
- O 9.
- No to powinieneś być przyzwyczajony – wzruszam ramionami.
- Barbarzyńska pora – mówi odwracając się wreszcie na plecy i patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. Wywracam oczami
- Wstawaj Schlierenzauer – rzucam przez ramię wychodząc. Po drodze wstępuje do pokoju w którym spałam i wyjmuję ciuchy. Nie będę paradować w piżamie. Doprowadzam się do porządku w łazience, a kiedy wychodzę dostrzegam Gregora pijącego już kawę w kuchni. Ubrał się, ale włosy wciąż ma roztrzepane na wszystkie strony. I niech go szlag, ale wygląda niesamowicie dobrze. Stop, stop, opanowanie. Pamiętaj Flo. Wrzucam do torby kosmetyczkę i piżamę po czym zasuwam ją i zostawiam w korytarzu obok swoich butów. Wkraczam do kuchni i siadam naprzeciwko szatyna.
- Czego dusza pragnie – wskazuje ręką na stół, na którym jest faktycznie chyba wszystko.
Zjadamy pożywne śniadanie i możemy się zbierać. Wychodzimy z mieszkania skoczka o 10:15, a następnie z bloku. Co mnie niesamowicie cieszyło to to, że po tym wczorajszym czymś nie było żadnej sztywnej czy napiętej atmosfery. Nie chciało mi się tego teraz absolutnie analizować. To było dziwne i nigdy więcej się nie powtórzy, amen. Zajęłam miejsce pasażera i spojrzałam na profil szatyna, który wsadzał kluczyki do stacyjki następnie uruchamiając samochód.
- To jak to tam szło…? Na koniec świata i jeszcze dalej! – szczerzy się na co parskam śmiechem i wyjmuje telefon by dać mamie znać, że jestem w drodze.
- Masz tu jakieś płyty? – wskazuję na schowek chowając komórkę do kieszeni spodni.
- Coś tam powinno być. Sprawdź – mówi włączając się do ruchu drogowego. Otwieram więc schowek i wprost wypadają na mnie płyty, które są tu magazynowane.
- Całkiem duże to coś – rzucam i wyjmuje wszystkie kładąc sobie na kolanach po czym zamykam schowek i przeglądam.
- ABBA?! – niemal piszczę zachwycona na co on reaguje śmiechem. – Mogę?
- Proszę bardzo. Pofałszujemy.
- Nie śpiewam przy ludziach na trzeźwo – śmieję się wkładając płytę do odtwarzacza – Najwyżej nucę.
- No to czemu nie mówiłaś? Wziąłbym nalewkę mojej świętej pamięci babuni i od razu byś się rozkręciła – również się śmieje.
- Czemu nie mówiłeś, że masz płyty ABBY – odwracam kota ogonem unosząc brew z głupim uśmiechem.
- Nie wiedziałem, że lubisz ich słuchać – mówi po sekundzie zawahania.
- Jak nie zostawisz mnie samą to może też pośpiewam – rzucam mu wyzwanie z cwanym uśmieszkiem. Zerka na mnie, a potem wraca wzrokiem na jezdnie i parska śmiechem.
- Nie znam wszystkich tekstów.
- Dasz radę, nie marudź. – wciskam play.
Po pierwszej nutce rozpoznaje już „Mamma Mia” i wiem, że nie mogłabym usiedzieć cicho przy tej piosence. Uśmiech mimowolnie wpływa na moją twarz. Opieram łokieć na drzwiach samochodu, na dłoni układam skroń i mój wzrok jest teraz skierowany na szatyna.
- I've been cheated by you since I don't know when. So I made up my mind, it must come to an end – weszłam idealnie wraz z wokalistkami i co dziwne Gregor dotrzymał mi w tym kroku, że się tak wyrażę. Takim oto sposobem przez trochę ponad godzinę wyśpiewywaliśmy przeboje szwedzkiego zespołu. A kiedy mijaliśmy tabliczkę z napisem Kufstein już ledwo mówiłam.
- No to kieruj, gdzie mam cie dostarczyć.
- Na następnych światłach musisz skręcić w … - i tracę głos. Schlierenzauer parska śmiechem i nadstawia ucha.
- Skręcić gdzie?
- Na co ci była ta cholerna Abba w tym schowku – skrzeczę, a moje gardło domaga się by je czymś jak najszybciej nawilżyć. Nawet gdyby to miała być nalewka świętej pamięci babuni Gregora.  – W lewo skręć. Na następnych światłach. – udaje mi się dokończyć.
- Coś mi się wydaje, że zachrypłaś koleżanko.
- No co ty, kurwa, nie…– zanoszę się suchym kaszlem – Nienawidzę cię. – udaje mi się wyskrzeczeć. Milknę, gdyż i tak nie jestem w stanie nic mówić więc póki co ciszę w samochodzie zakłóca tylko „Dancing Queen”. Wyglądam przez swoją szybę i widzę znajomą okolicę, drogę do parku, skręt w stronę galerii, przystanek autobusowy z którego jeździłam do szkoły.
- Teraz w lewo i to ten kremowy dom – nawiguję go.
- No popatrz, a ja mieszkam tam – wskazuje palcem na przeciwną uliczkę i czwarty dom licząc od zjazdu. Przepiękny z szarymi wykończeniami, zawsze mi się podobał. Uśmiecha się.
Patrzę na niego marszcząc brwi.
- My na pewno się nie spotkaliśmy nigdy? To przecież niemożliwe.
- Pewnie ci w głowie jakiś inny sąsiad namieszał i nie zwracałaś już uwagi na resztę świata – śmieje się lekko – A był tu chyba swego czasu jakiś… Oliver, czy jakoś tak mu było. Każda dziewczyna w szkole za nim szalała.
- No nie wiem. W każdym razie, podejrzane to – posyłam mu rozbawione spojrzenie i sięgam ręką na tylne siedzenie po torbę. – To napisz o której będziesz chciał wracać – mówię.
- Dostosuję się do ciebie.
- Nie, ty napisz. Na pewno rodzice się za tobą stęsknili – uśmiecham się lekko. – Na razie – ciągnę za klamkę i otwieram drzwi po czym wychodzę. Przechodzę przed autem i macham jeszcze Gregorowi zanim wchodzę przez bramkę. Podążam do drzwi i dzwonię dzwonkiem. Po chwili drzwi otwiera mi tata. Uśmiecha się szeroko na mój widok co robię i ja po czym przekraczam próg i od razu jestem ściskana przez ojca.
- Czemu cię tak dawno u nas nie było co? – próbuje być surowy, ale i tak się śmieje.
- Praca, praca, praca, a no i jeszcze praca. I wciąż nie dorobiłam się własnego auta – mówię odwiązując szalik którym mam owiniętą szyję.
- Przecież możemy ci się z mamą dołożyć.
- Nie chcę. Sama sobie poradzę. – oświadczam odwieszając kurtkę po czym odsuwam zasuwkę w bucie.
- Moja córa – klepie mnie po plecach. – Niezależna, młoda, dzielna kobieta.
- Dokładnie tak – prostuję się i posyłam tacie uśmiech. – A gdzie mama? – rozglądam się gdy wchodzę w głąb domu i nie dostrzegam kobiety w kuchni.
- Na górze, szykuje ci łóżko. – oznajmia.
- Ale ja przecież nie zostaję na noc. Wracam wieczorem. Wpadłam tylko groby odwiedzić i posiedzieć z wami chwilę.
- Jej to powiedz – rzuca kiedy siadam przy stole w kuchni.- Herbaty?
- Tak, a jaka jest?
- Twoja ulubiona.
- Czyli? – dopytuję.
- Nie mam pojęcia, w cholerę tego jest, matka ciągle jakieś nowe testuje. – śmiejemy się razem.
- Brzoskwiniowa jest? – pytam a on przewala wszystkie półki, ale ostatecznie znajduję i po chwili mam już w dłoniach kubek z gorącą herbatą.
- Przyjechała moja córcia! – słyszę krzyk mamy i parzę sobie wargi gorącą cieczą. Niech to szlag. Syczę cicho. Rodzicielka ściska mnie mocno.
- Cześć mamo – uśmiecham się wtulając się w jej ciało. Nikt mi, cholera, nie powie, że po długiej nieobecności w domu tak łatwo jest przerwać uścisk matki! W końcu mnie puszcza i z powrotem zajmuję miejsce przy stole. – Ale ty wiesz, że ja dzisiaj wracam do Innsbrucka?
- Nie możesz zostać nawet na noc?
- Jutro mam pracę, zresztą kolega mnie podwiózł i on też musi dzisiaj wracać. – przystawiam kubek do ust i już szykuję się psychicznie na grad pytań.
- Tak się w sumie zastanawiałam jak ty chcesz się tu przetransportować, a ty sobie szofera załatwiłaś tak? – śmieje się ojciec.
- Nie szofera, pod drodze mu było no – wywracam oczami.
- A co miał powiedzieć, że mu nie po drodze? – śmieje się wciąż. Dołącza do niego również mama.
- Ha-ha-ha, boki zrywać jakie śmieszne - mruczę. – Serio po drodze bo on w sumie tutaj po sąsiedzku prawie mieszka.
- Naprawdę? Kto? – dziwi się rodzicielka.
- Gregor.
- Gregor?
- Schlierenzauer. Mieszkał tutaj w tym szarym domu w tej uliczce naprzeciwko. Teraz też mieszka w Innsbrucku, wpadliśmy na siebie kiedyś przez przypadek, tak się jakoś zgadaliśmy i tak wyszło. – wzruszam ramionami, a rodzice mają jakiś dziwny wyraz twarzy. – Co? – marszczę czoło i świdruję ich wzrokiem.
- Nic, no co – wzrusza beztrosko ramieniem mama. To jedźmy na ten cmentarz teraz żebyśmy potem mogli jeszcze posiedzieć razem – proponuje i wychodzi z kuchni. Posyłam tacie pytające spojrzenie, ale on nie daje żadnej odpowiedzi. Dopijam więc herbatę do końca, wstawiam kubek do zlewu i ruszam do korytarza gdzie ubieram buty i kurtkę.
- Mamo?! Pomóc ci z tymi zniczami? – krzyczę otwierając drzwi do piwnicy skąd po schodach wchodzi już rodzicielka.
- Na dole zostały jeszcze kwiaty to możesz wziąć.
Przytrzymuję jej drzwi po czym sama schodzę na dół uprzednio prawie zabijając się 3 razy. Czy uczczenie 1 listopada swoim zgonem to najlepsze uczczenie? Nie wiem, ale nie chcę się przekonać.

Po dwóch godzinach byliśmy z powrotem w domu.
- Zmarzłam – rzucam trzęsąc się i ledwo zdejmując buta z nogi.
- No to przecież ci mówiłam żebyś wzięła czapkę.
- Miałam szalik, jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
- Kogo ja urodziłam? – wznosi oczy do sufitu.
- Głodną córkę – zarzucam jej rękę na ramię i ciągnę do kuchni. – Bardzo głodną córkę.
- Zrobiłam zapiekankę serową wczoraj. – oznajmia.
- Co, mam po was resztki dojadać? – śmieję się.
- Tak myślałam żeby ci tam pooddawać takie różne słoiki co nie wiem kiedy je robiłam nawet – odwraca się i wystawia mi język.
- Mamo, ja nie wiem co się dzieje z tobą – nie mogę przestać się uśmiechać.
Ostatecznie zjadałam jednak tą cholerną zapiekankę serową siedząc z rodzicami przed telewizorem i oglądając jakiś film, który cały czas z tatą głupio komentowaliśmy. Mama miała nas dość, ale mimo kuszącej propozycji taty ani nie dołączyła do nas ani nie wyszła z pokoju.
- No chyba mamy gości – stwierdza w pewnym momencie mama kiedy walczę z ojcem o miejsce na kanapie. Taki stary koń a jak dziecko, jaaak dziecko.
- To tego, na mnie już pora – wstaję w kanapy i zaczynam się otrzepywać z niewidzialnego kurzu.
- Kogo tam niesie? – pyta tata nie wstając nawet z kanapy.
- Twój brat – odpowiada rodzicielka wychodząc  z salonu.
- To ja spadam na górę a potem się ulotnie – oświadczam.
- Nie świruj, Flo, posiedzisz z nami.
- Tak, żeby mi wujek Frank zaczął polewać i nie wypuścił od stołu dopóki nie wypijemy tej jego nalewki co ma kuźwa chyba z 60 stopni. Posiedzę na górze, napiszę do Gregora, a potem przyjdę się pożegnać. Obiecuję – mówię kiedy ojciec posyła mi znaczące spojrzenie i czmycham schodami na górę kiedy słyszę otwieranie drwi wejściowych oraz wesoły głos mamy witającej gości. Wpadam do pokoju i rzucam się na łóżko i chce mi się śmiać z samej siebie, ale naprawdę nie mam ochoty siedzieć tam z rodzinką. Bo wujek to dokładnie z tych osób „No tej kolejeczki to sobie nie możesz odmówisz, twoje zdrowie, bratanica!”. A ciotka to najbardziej dociekliwa osoba jaką w życiu spotkałam. Wzdycham i ogarniam wzrokiem pokój. Oczywiście jest tu regularnie sprzątane. Łóżko idealnie pościelone, na biurku puściutko, na parapecie stoi jakiś kaktus. Dywan chyba był w jakimś czyszczeniu bo jest jakiś taki ładniejszy. W sumie to nawet nie pamiętam czy fajnie mi się tu mieszkało bo po wypadku mieszkałam tutaj rok. Po zdaniu matury i wakacjach wyjechałam do Innsbrucka, no a wcześniejszych wydarzeń oczywiście nie pamiętam. Ale teraz sobie przypominam co miałam zrobić. Wstaję z łóżka i wychodzę pokoju. Otwieram drzwi które są obok mojego pokoju i po schodach wchodzę na strych. Garbię się by nie zaryć boleśnie głową w sufit. Rozglądam się i dostrzegam w kącie jakieś trzy pudła. Podchodzę do nich po czym otwieram jedno z nich. Widzę tu jakieś stare książki. Chyba moje podręczniki do którejś klasy. No nie koniecznie to chciałam sobie przypomnieć. Otwieram drugie. W nim również znajduję to samo. I w następnym. Wywracam oczami. Naprawdę kochani rodzice? Zostawiliście sobie na pamiątkę moje podręczniki do szkoły? Przemieszczam się w lewo i dostrzegam kolejne dwa pudełka. Jakby po butach. Otwieram jedno i widzę, że jest zapchane zeszytami po brzegi. Klękam zapominając, że to nowe spodnie, a podłoga nie jest pierwszej czystości. Wyjmuję zeszyt z wierzchu i widzę, że są tam jakieś zapiski, ale mam słabe światło więc nie jestem w stanie stwierdzić. Przymykam wieczko pudełka i dostrzegam napis czarnym markerem „Flori”. Na tym drugim też taki jest. Ktoś tu jedzie ze mną do Innsbrucka. Kiedy mam je otworzyć nagle zaczyna dzwonić mój telefon. Wyjmuję go z kieszeni spodni i odbieram połączenie od Gregora.
- Hej młoda, o której chcesz jechać?
- Co młoda, co młoda, z tego co się orientuję to ty też rocznik 90.
- Ale ja styczeń – niemal widzę jak bezczelnie się szczerzy.
- Skąd wiesz, że ja te nie jestem ze stycznia?
- Obczaiłem cie na fejsie już dawno – śmieje się, a wywracam oczami.
- A która jest godzina? - Kieruję rozmowę na odpowiednie tory.
- 19:45
- Nie no tak, zbieramy się. O 20 będę gotowa.
- Będę czekał – rzuca i rozłącza się. Wsuwam telefon do tylnej kieszeni spodni i biorę pudełka pod pachy po czym ostrożnie schodzę po schodach. Wnoszę je do pokoju następnie zdjęcia które były w drugim upycham w pudełku z zeszytami. Nie wiem jakim cudem ale się mieszczą, a puste opakowanie wsuwam pod łóżko. Zabieram swoje znalezisko i schodzę z nim cichaczem na dół. Pakuje go do swojej torby gdzie mieści się z nieco większym problemem. Następnie wchodzę do salonu gdzie całe towarzystwo siedzi przy stole. Ze trzy talerze ciast, ciasteczek, a dla mnie była tylko zapiekanka. Zapamiętam sobie. Wujek nie zawiódł i przywiózł swoją słynną nalewkę. Co ja widzę, nawet trzy.
- Jest i moja bratanica, jedyna! – jako pierwszy mnie zauważa.
Ukazuję swój firmowy uśmiech numer 6 i witam się z ciocią a następnie wujkiem.
- No, siadaj, opowiadaj, jak ci życie leci, musisz się jednego kieliszka ze mną napić, chłopaka masz? Prace podobno tak, tylko na samochód zbierasz? Nie martw się na święta coś ci sypnę. No, jako chrzestny ma się rozumieć! – nalewa i wręcza mi kieliszek – Twoje zdrowie kochana.
Wypijam i krzywię się. Wciąż ta sama.
- Nawet ci w tym roku przywiozłem żebyś w tym Innsbrucku tak o suchym pysku nie siedziała – puszcza mi oczko.
- Frank! – oburza się moja mama i ciotka, a ja wybucham śmiechem.
- Dobrze wujku, wezmę sobie, masz rację. Ale ja już musze się zbierać.
- No jak to już? - teraz oburzają się wszyscy.
- Do pracy jutro nikt za mnie nie pójdzie – wzdycham uśmiechając się przepraszająco.- A gdzieś na ten samochód muszę zarobić prawda?
Po chyba 10 minutach pożegnań i dyskretnych wsunięciu butelki pod kurtkę mogłam opuścić dom rodzinny. Kiedy wyszłam zza domu dostrzegłam, że Gregor już czeka pod bramą więc podbiegłam i szybko znalazłam się przy drzwiach pasażera.
- Długo czekasz? – pytam od razu.
- Byłem punktualnie.
Spoglądam na zegarek i widzę, że 15 minut po czasie.
- Przepraszam cię bardzo, ale mama i wujek Frank i ta…
- W porządku, Flo, luzik. Przecież nic się nie stało. – uśmiecha się i odpala silnik. Wzdycham jeszcze z przepraszającym uśmiechem, odkładam torbę na tylne siedzenie, a pod kurtki wyjmuję przemycony towar.
- Zachowam na twoje pierwsze podium w tym sezonie – oświadczam na co on parska śmiechem.
- Zepsuje się do tego czasu.
- Nie mów tak – szturcham go. – Poczeka, nie ma problemu. – ją również odkładam na tyły, a ja usadawiam się wreszcie wygodnie.


---
O matko. Wracam tu po takiej przerwie, że zapomniałam jakie blogi pisałam, serio XD Nie było mnie tu tak długo bo zapomniałam hasła do bloggera a poten w ogóle nie chciałam nic pisać. Z tego co widziałam mam tutaj napisane chyba do 12 rozdziału czy jakoś tak więc pewnie to opublikuję, chyba że nie będzie sensu.
W sumie to chciałabym wrócić do pisania ale nir mam żadnych długotrwałych pomysłów poza jednodniowymi przypływami weny i po zabawie.
No także jak ktoś tu w ogóle jeszcze zaglądnie to super. 
Pozdrawiam ;**